Już dziś o godzinie 20:45 na Wembley naprzeciw siebie staną dwie niemieckie drużyny Borussia Dortmund i Bayern Monachium. Będzie im przyświecał tylko jeden cel - zwycięstwo w finałowym meczu piłkarskiej Ligi Mistrzów. Mimo, iż zespół z Westfalii skazywany jest na porażkę, a większość światowych mediów zaczyna już koronować Bawarczyków, to jest ktoś, kto za wszelką cenę będzie chciał temu zapobiec. I może tego dokonać. Nie mowa tu o Robercie Lewandowskim, Kubie Błaszczykowskim czy Marco Reusie. Tym kimś jest nazywany "Czarodziejem z Dortmundu", trener czarno - żółtych - Jurgen Klopp.
"Ludzie w przeszłości próbowali zdobyć Everest i musieli zawracać 10 metrów przed celem. Z nami może być tak samo, ale to nasza szansa". Tymi słowami trener Borussii Dortmund rozpoczął przedmeczową konferencję prasową. Te słowa mają uzmysławiać nam, jak daleko zaszła jego ekipa. Kiedy nikt na nich nie stawiał, oni odprawiali z kwitkiem kolejnych rywali, a sam trener pokazał, jak silne piętno odcisnął na stylu gry drużyny. Himalaistyczne porównanie ma jednak też za zadanie uświadomić kibicom jak daleko od upragnionego tryumfu znajduje się ekipa z Signal Iduna Park. Jednak niemieccy eksperci są zgodni, iż jedyną drużyną, która może pokonać naszpikowany gwiazdami Bayern jest prowadzona przez Kloppa Borussia. Jako argument potwierdzający ich tezę podają niesamowitą zdolność motywowania piłkarzy oraz wyciągnięcie z nich absolutnego maksimum. Za przykład podają - co jest jak najbardziej naturalne - Kubę Błaszczykowskiego, który z przeciętnego pomocnika stał się jednym z najlepszych skrzydłowych w Bundeslidze. Jednak moim zdaniem Klopp to ktoś więcej niż tylko osoba, potrafiąca zmotywować swoich zawodników do walki, bo takich trenerów jest wielu, a i stawka meczu sama w sobie taką motywacją jest, bo część zawodników zapewne nie stanie przed taką szansą nigdy więcej. Klopp to przede wszystkim zmysł taktyczny i personalny. Dobrze wie, kiedy nastawić się na kontratak, a kiedy trzeba prowadzić grę atakiem pozycyjnym. I potrafi do tego dobrać najlepszych wykonawców. Wielu skazywało na pożarcie Dortmundczyków już przed dwumeczem z Realem, jednak taktyka przyjęta w pierwszym meczu pozwoliła idealnie wypunktować słabe punkty Królewskich i wygrać 4:1. W rewanżu, mimo iż mało brakowało, a doszłoby do katastrofy, gra z kontry okazała się dobrą bronią na starający się za wszelką cenę strzelić gola Real, i tylko w swojej niesłychanej nieskuteczności Dortmundczycy mogli upatrywać tego, iż doszło do tak nerwowej końcówki. Opieranie tej opinii tylko i wyłącznie na tym dwumeczu byłoby oczywiście nadużyciem, jednak już w fazie grupowej, a także w 1/8 z Szachtarem było widać taktyczny geniusz "Czarodzieja". Pogubił się tylko raz - w meczu z Malagą i o włos przygoda BVB z europejskimi pucharami nie zakończyła się w kwietniu.
"Nasz stadion mógł stać się pustą świątynią, ale dzięki kilku mądrym ludziom klub powstał z popiołów" - powiedział skromnie Klopp, ale to on jest właśnie jednym z tych ludzi. Już jako trener Mainz pokazał, że potrafi zrobić coś niezwykłego z dość przeciętną drużyną. Kiedy dostał pod opiekę drużynę z Dortmundu, w której grali zawodnicy o dużo lepszej jakości, stworzył maszynkę do wygrywania ważnych spotkań. Między innymi z Bayernem, któremu dwa sezony pod rząd sprzątnęli krajowy tytuł sprzed nosa. Przemyślane ruchy transferowe, takie jak sprowadzenie za "grosze" Kagawy czy Lewandowskiego. Boki obrony oparte na Piszczku i Schmelzerze (który przecież przyszedł z trzecioligowego klubu), czy w końcu zastąpienie wyżej wspomnianego Kagawy i Sahina duetem Gundogan - Reus. To właśnie sprowadzenie tego ostatniego za 17 mln Euro jest do dziś największym transferowym wydatkiem klubu z Westfalii. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że te posunięcie było strzałem w dziesiątkę, bo jest to zawodnik, który decyduje o obliczu drużyny z Dortmundu, a jego wartość według portalu transfermarkt.de oscyluje teraz w okolicach 30 milionów Euro.
Ostatnią rzeczą, na którą należy zwrócić uwagę, jest niesowity luz, który prezentuje ten trener i to, jak potrafi zaszczepić nim swoich zawodników. Na konferencjach prasowych nie daje wytrącić się z równowagi, często dowcipkuje i odpowiada dziennikarzom ciętymi ripostami. Potem to wszystko stara się przenieść na zespół, który w najważniejszych meczach nigdy nie "pękł" przed rywalem. Ale dziś nie będzie to zwykły rywal. Będzie to perfekcyjnie stworzona przez Heynckesa maszyna, która ma tylko jeden cel - wymazać z pamięci zeszłoroczną porażkę z Chelsea na Alianz Arena. A najbardziej zmotywowany będzie na pewno Robben.
"Oni mają Oktoberfest, piękne miejsca na wakacje, a my... wielkie serca". I to właśnie chyba tylko te wielkie serca mogą piłkarze Borussii przeciwstawić Bayernowi. Na papierze absolutnym faworytem są Bawarczycy, za którymi przemawia wszystko - od budżetu, przez piłkarzy, aż po doświadczenie. Jednak jest pewien człowiek, który będzie spoglądał na to wszystko z boku i kierował swoją żółto - czarną armią, nie oszczędzając gardła i nieustannie poprawiając swoich zawodników i udzielając im porad. Człowiek z wielkim sercem. Czy poprowadzi on BVB do tytułu? Bo... jeśli nie on, to kto?
sobota, 25 maja 2013
środa, 8 maja 2013
Koniec pewnej epoki - emeryt Sir Alex Ferguson
Człowiek - legenda. Menedżer, za którym będą tęsknić wszyscy kibice nie tylko "Czerwonych Diabłów", ale i innych europejskich klubów. Postać wyrazista, często kontrowersyjna. Sir Alex Ferguson odchodzi na emeryturę, jednak nie pozostawia drużyny z Old Trafford na zawsze. Będzie teraz jej ambasadorem oraz członkiem rady dyrektorów klubu.
"Nie do wiary. Nie do wiary. Piłka nożna. Jasna cholera!" - takimi słowami Szkot skomentował wygraną w finale Pucharu Europy w 1999 roku, gdzie jego Manchester United pokonał Bayern Monachium 2:1, po dwóch golach strzelonych w doliczonym czasie gry. Podkreślił tym piękno tej gry, która jednak bez jego osoby nie byłaby taka sama. Odcisnął on piętno na angielskiej i europejskiej piłce. Mistrzostwo Szkocji z St. Mirren. Trzy mistrzostwa Szkocji, cztery Puchary Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Puchar Zdobywców Pucharów oraz Superpuchar Europy z Aberdeen. Kiedy w roku 1986 objął Manchester United działacze i kibice mieli nadzieję, iż będzie to trener na lata, który poprowadzi zespół do licznych sukcesów. Jednak to, co zrobił "Fergie" przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Na ławce trenerskiej w Anglii wytrwał 26 lat, zdobywając w tym czasie 38 trofeów - 13 mistrzostw, 5 Pucharów Anglii, 4 Puchary Ligi Angielskiej, 10 Tarcz Wspólnoty, 2 razy wygrał Ligę Mistrzów i po razie Puchar Zdobywców Pucharów, Superpuchar Europy, Puchar Interkontynentalny oraz Klubowe Mistrzostwo Świata. Niebywałe osiągnięcia. W listopadzie 2010 roku zapytany o swoją emeryturę odpowiedział dziennikarzom: "Nie mam nastroju na emeryturę. Ona jest dla młodych ludzi.". Najwidoczniej Sir Alex poczuł się na tyle młodo, iż postanowił dziś, że po sezonie zakończy swoją pracę w Manchesterze na stanowisku trenera pierwszego zespołu. Być może poczuł się nie tyle młodo, co nieśmiertelnie i uznał, że należy odejść w chwale, po wygranej w chyba najbardziej wymagającej lidze świata - Premier League. Jest to osobowość, która wie jaki przyświeca mu cel i jak do niego dążyć. W kontaktach z zawodnikami nie przebierał w środkach, używając swojej słynnej "suszarki", o której Wayne Rooney wspominał w jednym z wywiadów: "Nie ma nic gorszego od "suszarki" trenera. Kiedy już do tego dojdzie, przybliża się twarzą do zawodnika i krzyczy. W czasie rozmowy czujesz się, jakby ktoś przystawił Ci do głowy suszarkę BaByliss Turbo Power 2200. To okropne.". Davida Beckhama nawet uszkodził kopniętym w złości butem. Sam zainteresowany twierdzi, iż podstawą do osiągnięcia dobrego wyniku sportowego, jest odpowiednia hierarchia wewnątrz drużyny: "Z chwilą gdy jeden z piłkarzy staje się ważniejszy niż manager, klub umiera. Historia tego zespołu doskonale to uświadamia. To ja jestem najważniejszym człowiekiem w United. Tak już musi być.". Złośliwi twierdzą, że w trakcie meczów swojej drużyny zżuł całą ciężarówkę gum do żucia. Teraz uznał, iż stery "Red Devils" należy powierzyć komu innemu. "O decyzji o odejściu na emeryturę myślałem bardzo długo i nie było łatwo ją podjąć. Teraz nadszedł właściwy moment. Zależało mi na tym, by opuścić zespół, gdy ten będzie w możliwie najlepszej kondycji i wierzę, że mi się to udało.". Jego następca na pewno nie będzie miał łatwo, bo prawdopodobnie nie jest możliwym, alby przeskoczył poprzeczkę zawieszoną przez Szkota. Klub w oficjalnym komunikacie napisał, że "Najbardziej utytułowany trener w historii brytyjskiego futbolu odejdzie po meczu z West Bromich Albion 19 maja i dołączy do rady dyrektorów klubu i będzie jego ambasadorem". Cóż "Fergie". W takim wypadku wypada jedynie podziękować za wszystko co zrobiłeś dla Man. U., brytyjskiego, europejskiego i światowego futbolu. Wielkie dzięki i powodzenia w dalszej karierze, już jako działacz! Wraz z Twoim odejściem, w piłce skończyła się pewna epoka!
P.S. A co SAF będzie robił na emeryturze? "Jestem tak cholernie utalentowanym facetem! Może zacznę malować albo coś..." - tak odpowiedział parę lat temu na pytanie jednego z dziennikarzy. No cóż, jeśli malował będzie tak dobrze, jak prowadził swoje zespoły, to artystą będzie świetnym. Picassem wśród piłkarskich trenerów już jest.
"Nie do wiary. Nie do wiary. Piłka nożna. Jasna cholera!" - takimi słowami Szkot skomentował wygraną w finale Pucharu Europy w 1999 roku, gdzie jego Manchester United pokonał Bayern Monachium 2:1, po dwóch golach strzelonych w doliczonym czasie gry. Podkreślił tym piękno tej gry, która jednak bez jego osoby nie byłaby taka sama. Odcisnął on piętno na angielskiej i europejskiej piłce. Mistrzostwo Szkocji z St. Mirren. Trzy mistrzostwa Szkocji, cztery Puchary Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Puchar Zdobywców Pucharów oraz Superpuchar Europy z Aberdeen. Kiedy w roku 1986 objął Manchester United działacze i kibice mieli nadzieję, iż będzie to trener na lata, który poprowadzi zespół do licznych sukcesów. Jednak to, co zrobił "Fergie" przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Na ławce trenerskiej w Anglii wytrwał 26 lat, zdobywając w tym czasie 38 trofeów - 13 mistrzostw, 5 Pucharów Anglii, 4 Puchary Ligi Angielskiej, 10 Tarcz Wspólnoty, 2 razy wygrał Ligę Mistrzów i po razie Puchar Zdobywców Pucharów, Superpuchar Europy, Puchar Interkontynentalny oraz Klubowe Mistrzostwo Świata. Niebywałe osiągnięcia. W listopadzie 2010 roku zapytany o swoją emeryturę odpowiedział dziennikarzom: "Nie mam nastroju na emeryturę. Ona jest dla młodych ludzi.". Najwidoczniej Sir Alex poczuł się na tyle młodo, iż postanowił dziś, że po sezonie zakończy swoją pracę w Manchesterze na stanowisku trenera pierwszego zespołu. Być może poczuł się nie tyle młodo, co nieśmiertelnie i uznał, że należy odejść w chwale, po wygranej w chyba najbardziej wymagającej lidze świata - Premier League. Jest to osobowość, która wie jaki przyświeca mu cel i jak do niego dążyć. W kontaktach z zawodnikami nie przebierał w środkach, używając swojej słynnej "suszarki", o której Wayne Rooney wspominał w jednym z wywiadów: "Nie ma nic gorszego od "suszarki" trenera. Kiedy już do tego dojdzie, przybliża się twarzą do zawodnika i krzyczy. W czasie rozmowy czujesz się, jakby ktoś przystawił Ci do głowy suszarkę BaByliss Turbo Power 2200. To okropne.". Davida Beckhama nawet uszkodził kopniętym w złości butem. Sam zainteresowany twierdzi, iż podstawą do osiągnięcia dobrego wyniku sportowego, jest odpowiednia hierarchia wewnątrz drużyny: "Z chwilą gdy jeden z piłkarzy staje się ważniejszy niż manager, klub umiera. Historia tego zespołu doskonale to uświadamia. To ja jestem najważniejszym człowiekiem w United. Tak już musi być.". Złośliwi twierdzą, że w trakcie meczów swojej drużyny zżuł całą ciężarówkę gum do żucia. Teraz uznał, iż stery "Red Devils" należy powierzyć komu innemu. "O decyzji o odejściu na emeryturę myślałem bardzo długo i nie było łatwo ją podjąć. Teraz nadszedł właściwy moment. Zależało mi na tym, by opuścić zespół, gdy ten będzie w możliwie najlepszej kondycji i wierzę, że mi się to udało.". Jego następca na pewno nie będzie miał łatwo, bo prawdopodobnie nie jest możliwym, alby przeskoczył poprzeczkę zawieszoną przez Szkota. Klub w oficjalnym komunikacie napisał, że "Najbardziej utytułowany trener w historii brytyjskiego futbolu odejdzie po meczu z West Bromich Albion 19 maja i dołączy do rady dyrektorów klubu i będzie jego ambasadorem". Cóż "Fergie". W takim wypadku wypada jedynie podziękować za wszystko co zrobiłeś dla Man. U., brytyjskiego, europejskiego i światowego futbolu. Wielkie dzięki i powodzenia w dalszej karierze, już jako działacz! Wraz z Twoim odejściem, w piłce skończyła się pewna epoka!
P.S. A co SAF będzie robił na emeryturze? "Jestem tak cholernie utalentowanym facetem! Może zacznę malować albo coś..." - tak odpowiedział parę lat temu na pytanie jednego z dziennikarzy. No cóż, jeśli malował będzie tak dobrze, jak prowadził swoje zespoły, to artystą będzie świetnym. Picassem wśród piłkarskich trenerów już jest.
"Wampir z Anfield", czyli przypadek Luisa Suareza
Dawno w europejskiej piłce nie było zawodnika, który wzbudzałby u kibiców takie emocje. Świetny napastnik z błyskotliwym dryblingiem i kapitalnym wykończeniem. Jednak posiada on swoją drugą, ciemną stronę - boiskowego chama i bandziora. Właśnie temu "rozdwojeniu jaźni" Luis Suarez, snajper Liverpoolu zawdzięcza to, iż jedni go uwielbiają, a drudzy nienawidzą.
Gdy w styczniu 2011 roku klub z Anfield wygrał rywalizację o Urugwajczyka i sprowadził go z holenderskiego Ajaxu za bagatela 26.5 miliona euro, pokładano w nim wiele nadziei. W końcu od młodego zawodnika (wtedy 24-letniego), który w 110 oficjalnych meczach strzelił 81 bramek można, a nawet trzeba wiele wymagać. Jednak "The Reds" mieli świadomość tego, że jest to piłkarz niesforny, który potrafi przysporzyć problemów wtedy, gdy nikt się tego nie spodziewa. "Nurkował", dyskutował z arbitrami, kłócił się z trenerem, był kartkowany za niesportowe zachowania a nawet... ugryzł rywala. Tak, ostatni incydent z meczu z Chelsea nie był pierwszym tego typu w karierze Urugwajskiego supersnajpera. W kwietniu 2010 roku, meczu przeciwko PSV w ramach rozgrywek holenderskiej Eredivisie bezpardonowo wbił zęby w szyję Otmana Bakkala. Został oczywiście zawieszony, a przeprosiny i obietnice poprawy na nic się zdały. Holenderska prasa okrzyknęła go "Kanibalem", "Drakulą" oraz "Wampirem".
Po przeprowadzce na Anfield złe zachowania Suareza jeszcze się nasiliły. Bardzo często symulował, gestykulował, wrzeszczał na sędziów oraz kolegów z drużyny. Łapał głupie kartki, za które klub nakładał na niego kary finansowe. Gdy w meczu z Manchesterem United w rasistowski sposób odniósł się do Francuza Patrice'a Evry, wszyscy myśleli, że to już apogeum zła, którego może dokonać "El Pistoleto". W 115-stronicowym dokumencie, uzasadniającym nałożenie na niego kary ośmiu meczów oraz grzywny w wysokości 40 tysięcy funtów, Angielska Federacja Piłkarska odnotowała dialog pomiędzy dwoma utytułowanymi zawodnikami. Wyglądał on następująco:
Patrice Evra: Dlaczego mnie kopnąłeś?
Luis Suarez (po hiszpańsku): Bo jesteś czarny
PE: Powiedz to jeszcze raz, a cię uderzę
LS: Nie rozmawiam z czarnymi
PE: Uderzę cię
LS: Dobra, czarny, czarny, czarny
![]() |
| Fot. Sam Luis pokazuje nam, gdzie leży jego problem :) |
Gdy w styczniu 2011 roku klub z Anfield wygrał rywalizację o Urugwajczyka i sprowadził go z holenderskiego Ajaxu za bagatela 26.5 miliona euro, pokładano w nim wiele nadziei. W końcu od młodego zawodnika (wtedy 24-letniego), który w 110 oficjalnych meczach strzelił 81 bramek można, a nawet trzeba wiele wymagać. Jednak "The Reds" mieli świadomość tego, że jest to piłkarz niesforny, który potrafi przysporzyć problemów wtedy, gdy nikt się tego nie spodziewa. "Nurkował", dyskutował z arbitrami, kłócił się z trenerem, był kartkowany za niesportowe zachowania a nawet... ugryzł rywala. Tak, ostatni incydent z meczu z Chelsea nie był pierwszym tego typu w karierze Urugwajskiego supersnajpera. W kwietniu 2010 roku, meczu przeciwko PSV w ramach rozgrywek holenderskiej Eredivisie bezpardonowo wbił zęby w szyję Otmana Bakkala. Został oczywiście zawieszony, a przeprosiny i obietnice poprawy na nic się zdały. Holenderska prasa okrzyknęła go "Kanibalem", "Drakulą" oraz "Wampirem".
Po przeprowadzce na Anfield złe zachowania Suareza jeszcze się nasiliły. Bardzo często symulował, gestykulował, wrzeszczał na sędziów oraz kolegów z drużyny. Łapał głupie kartki, za które klub nakładał na niego kary finansowe. Gdy w meczu z Manchesterem United w rasistowski sposób odniósł się do Francuza Patrice'a Evry, wszyscy myśleli, że to już apogeum zła, którego może dokonać "El Pistoleto". W 115-stronicowym dokumencie, uzasadniającym nałożenie na niego kary ośmiu meczów oraz grzywny w wysokości 40 tysięcy funtów, Angielska Federacja Piłkarska odnotowała dialog pomiędzy dwoma utytułowanymi zawodnikami. Wyglądał on następująco:
Patrice Evra: Dlaczego mnie kopnąłeś?
Luis Suarez (po hiszpańsku): Bo jesteś czarny
PE: Powiedz to jeszcze raz, a cię uderzę
LS: Nie rozmawiam z czarnymi
PE: Uderzę cię
LS: Dobra, czarny, czarny, czarny
Gdy sytuacja ucichła, a sam zawodnik nieco opanował swoje nerwy na boisku, większość fanów myślała, iż to koniec jego wybryków. Nic z tych rzeczy. "Wampirza natura" odezwała się w nim po raz kolejny. Tym razem w meczu z Chelsea Londyn ugryzł Branislava Ivanovicia. Mimo, iż arbiter przewinienia nie dostrzegł, a Suarez uratował Liverpoolowi remis w 97 minucie, to po analizie zapisu wideo Angielska Federacja Piłkarska ukarała piłkarza - recydywistę 10 meczami zawieszenia (początkowo miało być ich 6, lecz karę zwiększono). Teraz rodzi się pytanie. Czy Suarez pozostanie w Anglii i dokończy odbywanie kary, by zdobywać kolejne bramki w barwach "Czerwonych", czy też wyniesie się za granicę, by szukać nowych doświadczeń i być może trenera, który okiełzna jego ciężki charakter? Na odpowiedź poczekamy przynajmniej do 1 lipca, kiedy to w Europie otworzy się okno transferowe. Póki co, napastnika "The Reds" można określić mianem wielkiego piłkarza - małego człowieka.
poniedziałek, 6 maja 2013
Messidependencia. Barcelona 4:2 Betis
Kim jest dla Barcelony Messi? Wiemy to wszyscy. Jest jej liderem, najlepszym strzelcem, a po odejściu Valdesa stanie się jednym z jej kapitanów. Jak gra Barca bez Messiego? Powoli, ociężale, nieskutecznie, bez pomysłu. Śmiało można stwierdzić, że Duma Katalonii z filigranowym Argentyńczykiem to inny zespół niż bez niego. Czy zatem możemy mówić o Messidependencji (z hiszp. depender - zależeć od kogoś/czegoś), o której w Hiszpanii jest tak głośno? Patrząc na grę Katalończyków na przestrzeni ostatnich miesięcy z całą pewnością należy odpowiedzieć na to pytanie twierdząco, a ostatni mecz z andaluzyjskim Betisem Sewilla tylko mnie (was?) w tym utwierdził.
62. minuta rewanżowego ćwierćfinału Ligi Mistrzów z PSG. Na Camp Nou Barcelona przegrywa 0:1, a w dwumeczu 2:3. Wszystkie oczy zwrócone są w okolice linii bocznej boiska. Stoi tam gotowy do wejścia Messi, który tydzień wcześniej w meczu z francuskim zespołem nabawił się kontuzji mięśnia dwugłowego. Bezradna dotąd drużyna Vilanovy łapie drugi oddech, jakby tchnięta wejściem "Atomowej Pchły" na murawę. Każda akcja musi przejść przez jego nogi, jak niegdyś przez Xaviego. Kulejąca "10" mimo odczuwanego dyskomfortu ma olbrzymi udział przy strzeleniu wyrównującego gola - jak się później okazało na wagę awansu. Całą resztę meczu tylko truchta. Gołym okiem widać było jak sama obecność Leo na boisku podziałała na resztę zawodników Barcy. Zaczęli być bardziej aktywni, grać wysokim pressingiem. Przypadek, czy objaw zależności od jednego zawodnika? Do tej kwestii odniósł się Andres Iniesta, który powiedział: "Messidependencia? To esencja naszego stylu gry. Leo jest dla nas absolutnie kluczowym piłkarzem. My pracujemy na niego, on strzela gole; on pracuje na nas, my strzelamy gole." Argentyńczyk nie zagrał w następnych trzech meczach (Saragossa, Gimnastic i Levante), które "Duma Katalonii" wygrała, lecz dwa z nich w stosunku 1:0. Był oszczędzany na mecz półfinałowy ze znajdującym się w wyśmienitej formie Bayernem. Katalońska prasa donosiła, iż mimo, że Messi nie jest jeszcze gotowy do gry, to na Alianz Arena wybiegnie od pierwszej minuty. Tak się też stało, lecz nie w pełni dysponowana "La Pulga" - tak jak cały zespół - nie miała nic do powiedzenia w starciu z monachijskim walcem. Po meczu trener Barcelony - Tito Vilanova - stwierdził, że "jedną z głównych przyczyn sromotnej porażki na Allianz Arena była słaba postawa Atomowej Pchły", ale dodał również, że nie stracił nadziei na awans, bo: "kiedy Messi zagra na swoim najwyższym poziomie, zrobi to także cała drużyna".
62. minuta rewanżowego ćwierćfinału Ligi Mistrzów z PSG. Na Camp Nou Barcelona przegrywa 0:1, a w dwumeczu 2:3. Wszystkie oczy zwrócone są w okolice linii bocznej boiska. Stoi tam gotowy do wejścia Messi, który tydzień wcześniej w meczu z francuskim zespołem nabawił się kontuzji mięśnia dwugłowego. Bezradna dotąd drużyna Vilanovy łapie drugi oddech, jakby tchnięta wejściem "Atomowej Pchły" na murawę. Każda akcja musi przejść przez jego nogi, jak niegdyś przez Xaviego. Kulejąca "10" mimo odczuwanego dyskomfortu ma olbrzymi udział przy strzeleniu wyrównującego gola - jak się później okazało na wagę awansu. Całą resztę meczu tylko truchta. Gołym okiem widać było jak sama obecność Leo na boisku podziałała na resztę zawodników Barcy. Zaczęli być bardziej aktywni, grać wysokim pressingiem. Przypadek, czy objaw zależności od jednego zawodnika? Do tej kwestii odniósł się Andres Iniesta, który powiedział: "Messidependencia? To esencja naszego stylu gry. Leo jest dla nas absolutnie kluczowym piłkarzem. My pracujemy na niego, on strzela gole; on pracuje na nas, my strzelamy gole." Argentyńczyk nie zagrał w następnych trzech meczach (Saragossa, Gimnastic i Levante), które "Duma Katalonii" wygrała, lecz dwa z nich w stosunku 1:0. Był oszczędzany na mecz półfinałowy ze znajdującym się w wyśmienitej formie Bayernem. Katalońska prasa donosiła, iż mimo, że Messi nie jest jeszcze gotowy do gry, to na Alianz Arena wybiegnie od pierwszej minuty. Tak się też stało, lecz nie w pełni dysponowana "La Pulga" - tak jak cały zespół - nie miała nic do powiedzenia w starciu z monachijskim walcem. Po meczu trener Barcelony - Tito Vilanova - stwierdził, że "jedną z głównych przyczyn sromotnej porażki na Allianz Arena była słaba postawa Atomowej Pchły", ale dodał również, że nie stracił nadziei na awans, bo: "kiedy Messi zagra na swoim najwyższym poziomie, zrobi to także cała drużyna".
Mimo pełnej koncentracji na dokonaniu cudu i odrobieniu strat z pierwszego meczu, Barca musiała także "ciułać" punkty w lidze, bo mimo sporej przewagi należało uważać na znajdujący się za plecami Real Madryt, który starał się mocno naciskać Katalończyków. Spotkanie z Althleticiem Bilbao na San Mames Messi rozpoczął na ławce rezerwowych. Nietrudno się więc domyślić jak spotkanie te przebiegało. Od początku spotkania drużyną przeważającą byli Baskowie, a sporadyczne akcje Barcelony kończyły się fiaskiem. W dodatku po głupim błędzie obrony (jednym z niezliczonych w obecnym sezonie) Ander Herrera strzelił gola na 1:0. Taki obraz gry utrzymywał się do 58. minuty, czyli jak łatwo zgadnąć... do wejścia na plac gry Messiego. Argentyńczyk po raz kolejny odmienił oblicze spotkanie strzelając fantastyczną bramkę i notując asystę przy trafieniu Alexisa. I to wszystko w 3 minuty! Gdyby nie wyrównujące trafienie w końcówce spotkania, czterokrotny zdobywca Złotej Piłki znów wyciągnąłby drużynę spod topora. Jednak pół godziny spędzone na murawie przywróciły nadzieję wszystkim kibicom Blaugrany, iż "remontada" jest możliwa, i że Bayern można jeszcze wyeliminować. Asystent Mistera, Jordi Roura po meczu stwierdził, że „w im lepszej formie będzie Leo, tym większe szanse mamy". Jednak "Atomowa Pchła" całe spotkanie z Bayernem spędziła na ławce rezerwowych w obawie przed zerwaniem przeciążonego mięśnia. Jego klubowi koledzy po raz kolejny zostali rozbici przez Bawarczyków, tym razem w stosunku 3:0 i w dwumeczu nie "uciułali" choćby jednej bramki, a kibice w całej Hiszpanii zastanawiali się ile w tym winy Tito Vilanovy, który - ich zdaniem - nieumiejętnie wprowadzał kapitana Albicelestes do gry po kontuzji.
Co się stało, to się jednak nie odstanie, Barca z Ligi Mistrzów odpadła, a Messi ma jej pomóc na finiszu rozgrywek hiszpańskiej La Liga. Jak ważnym jest jej ogniwem i jak bardzo zależna jest od niego gra całego zespołu pokazał ostatni mecz z Betisem na Camp Nou. Blaugrana już po 2 minutach przegrywała 1:0 i mimo szybkiego wyrównania nie wyglądała jak zespół, który lada moment może zapewnić sobie mistrzostwo kraju. Genialne zagrania Iniesty to było za mało nie na Betis, lecz dla jego kolegów. Fantastyczne okazje marnowali Tello i TRZYKROTNIE Villa. W dodatku 2 minuty przed końcem pierwszej połowy strzałem życia popisał się Ruben Perez i do szatni Barca schodziła przegrywając 1:2. Komentatorzy zastanawiali się kiedy na boisku pojawi się "superrezerwowy" Messi. Zameldował się on na boisku w 56 minucie, zmieniając (w końcu) Davida Ville, który chwilę wcześniej znalazł (w końcu) drogę do bramki Adriana i doprowadził do wyrównania. Jak łatwo się domyślić od tej pory gra Barcelony nabrała rozpędu. "La Pulga" potrzebował niecałych czterech minut, aby fantastycznym uderzeniem z rzutu wolnego wyprowadzić swoją drużynę na prowadzenie, a 10 minut później - po koronkowej akcji z Iniestą i Alexsisem - je podwyższyć. W końcówce mógł skompletować hattrick, lecz tym razem pojedynek sam na sam wygrał z nim bramkarz gości. Dzięki tym bramkom nie dość, że przedłużył swoją serię meczów w lidze z bramką z rzędu (na tę chwilę jest ich 21) oraz powiększył przewagę w klasyfikacji strzelców, to wyszlifował jeszcze jedną statystykę. Otóż jako rezerwowy, filigranowy napastnik strzela gola co 24 minuty! Najlepiej to co wydarzyło się na boisku po wejściu Leo skomentował inny bohater spotkania - Alexis Sanchez. Powiedział on: "z Leo na boisku jesteśmy bardziej zmotywowani. Z Bayernem niestety nie mógł zagrać".
Czy po tym zdaniu należy stwierdzić, iż najlepszy obecnie piłkarz na świecie jest dla drużyny ważniejszy niż trener? Czy zawodnicy czują przed nim większy respekt niż przed Misterem? Tak daleko idących wniosków wyciągać nie należy, ale stwierdzić można na pewno, że gra Barcelony jest zależna od Messiego i jeśli sztab szkoleniowy oraz zarząd nie "odrobią lekcji" i nie przeprowadzą transferów na miarę renomy katalońskiego klubu, to Messidependencia będzie trwała. Pytanie tylko, czy tego chcą zawodnicy, kibice jak i sam Leo?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



